„Return to Silent Hill” - powrót, który bardziej boli, niż straszy
Są takie powroty, na które czeka się latami. Return to Silent Hill miało być właśnie jednym z nich - symbolicznym domknięciem filmowej historii, ukłonem w stronę fanów i dowodem na to, że Christophe Gans wciąż „czuje” tę markę. Problem w tym, że zamiast dusznego koszmaru dostaliśmy seans, który częściej wywołuje konsternację niż niepokój.
I to boli. Szczególnie fanów.
Klimat jest. Reszta… już niekoniecznie
Nie sposób odmówić filmowi jednego: audiowizualnie to wciąż Silent Hill. Mgła, rdza, opuszczone korytarze, industrialny brud i muzyczne motywy Akiry Yamaoki robią swoje. Przez pierwsze kilkanaście minut można nawet uwierzyć, że jesteśmy w domu. Że to ten sam niepokojący świat, który lata temu wgryzał się w psychikę gracza.
Tyle że im dalej w las, tym więcej mgły - tej narracyjnej.
Fabuła, luźno oparta na Silent Hill 2, jest chaotyczna, rwąca się i zaskakująco płytka emocjonalnie. Film pędzi od sceny do sceny, jakby bał się na chwilę zatrzymać i pozwolić widzowi poczuć ciężar traumy, która przecież zawsze była sercem tej serii. Zamiast powolnego psychologicznego rozkładu dostajemy skróty myślowe i ekspozycję podaną łopatą.
Aktorstwo i dialogi - największy grzech
Jeśli coś naprawdę ciągnie ten film w dół, to dialogi. Są sztuczne, momentami wręcz groteskowe, kompletnie pozbawione subtelności. Silent Hill zawsze operowało niedopowiedzeniem, ciszą, spojrzeniem. Tutaj postacie wolą wszystko wypowiedzieć na głos - najlepiej kilka razy.
Aktorzy? Część z nich robi, co może, ale przy takim materiale nawet najlepsze chęci nie pomogą. Emocje, które powinny rozrywać od środka, często brzmią jak czytane z kartki.
Film dla fanów… ale tylko tych najbardziej wyrozumiałych
To paradoks: fani Silent Hill mogą być jednocześnie najbardziej zainteresowani i najbardziej rozczarowani. Znajdą tu smaczki, odniesienia, znane motywy i symbole. Ale jednocześnie zobaczą, jak bardzo film nie ufa widzowi - jakby bał się ciszy, metafory i psychologicznego ciężaru.
Dla osób nieznających gry? Jeszcze gorzej. Bez kontekstu Return to Silent Hill może wydać się niezrozumiałe, pretensjonalne i zwyczajnie nudne.
Return to Silent Hill to film, który chce wrócić do korzeni, ale gubi się po drodze. Ma momenty, ma klimat, ma potencjał - lecz brakuje mu tego, co w Silent Hill najważniejsze: psychologicznej głębi i odwagi w opowiadaniu historii bez tłumaczenia wszystkiego wprost.
To nie jest totalna katastrofa. To raczej zmarnowana szansa. A te, jak wiadomo, bolą najbardziej.



Komentarze
Prześlij komentarz