Crimson Desert - pierwsze wrażenia po około dwóch godzinach gry
Zacznę od najważniejszego, czyli od tego, jak ten tytuł działa na bazowej PS5. I tu niestety nie jest różowo. O trybie wydajności należy zapomnieć. Fajnie mieć 60 klatek, ale fajnie też coś widzieć na ekranie. A przy tym trybie jest z tym ciężko. Mam wrażenie, że rozdzielczość cofa nas do czasów poczciwego PlayStation 3.
Jedynym rozsądnym wyborem jest tryb jakości. Mamy tu stabilne 30 klatek i ładną oprawę graficzną. Jest jeszcze tryb zrównoważony, ale wydaje mi się, że grafika jest w nim ciut gorsza i nie mamy stabilnych klatek. A skoki w klatkażu to nic fajnego. Wolę stałe 30 niż taką huśtawkę.
Jak już jesteśmy przy grafice, to muszę przyznać, że dawno nie widziałem świata tak pełnego detali. Ten świat po prostu żyje. Jest tu ogrom szczegółów. Droga to nie płaska tekstura, która udaje trójwymiarową powierzchnię - tu naprawdę są ułożone kamienie będące obiektami 3D. Tak samo jest z budynkami czy wszelakimi murkami. Widać, że są zbudowane z osobnych kamieni, układanych jeden na drugim. Prezentuje się to świetnie.
Przejdźmy do fabuły. Nie mamy kompletnie żadnego wprowadzenia. Gra rozpoczyna się na drodze, a naszym zadaniem jest dojście do obozu, który znajduje się kilka metrów dalej. Z rozmów dowiadujemy się, że napadła na nas jakaś wroga frakcja i straciliśmy sporo ludzi. Później mamy nerwową biesiadę, która zostaje przerwana atakiem tej samej frakcji. Przeciwnicy są odziani w skóry niedźwiedzi, a nas nazywają wilkami czy jakoś tak.
Wróg rozgramia nas, dokonuje rzezi i zabija głównego bohatera, który trafia do zaświatów - chyba nazywanych Otchłanią. To jest najmniej wizualnie ciekawa lokacja. Strasznie sterylna, z szarymi ścianami i dziwnymi mechanizmami. Całe szczęście, że dość szybko wracamy na ziemię, bo ta lokacja jest po prostu mało interesująca.
Prowadzenie fabuły jest, jak dla mnie, trochę chaotyczne. Nie wiadomo do końca co, jak i dlaczego się dzieje. Duży plus za to, że nie jesteśmy kolejnym wybrańcem ratującym świat - przynajmniej na początku.
Pierwsze zadania są zwyczajne i to mi się podoba. Pomagamy chłopcu zdjąć kota z dachu, kobiecie przeczyścić komin (i proszę bez głupich skojarzeń) czy dajemy jałmużnę bezdomnemu starcowi, który okazuje się kimś więcej i tajemniczo znika. Ogólnie jest naprawdę dobrze.
Teraz trochę o minusach. Interfejs, sterowanie i menu są średnio zaprojektowane. Trzeba się do nich przyzwyczaić, bo nie są intuicyjne. Wciąż gubiłem się w zakładkach. Do sterowania także trzeba się przyzwyczaić. Na przykład, aby porozmawiać z niektórymi postaciami, trzeba wcisnąć L1, a później kwadrat. W innych przypadkach wystarczy sam kwadrat. Czemu twórcy nie zdecydowali się na jeden sposób interakcji - nie wiem. Owszem, pod L1 mamy więcej opcji, ale można było to rozwiązać wygodniej.
W grze mamy mnóstwo mechanik i pierwsze godziny to jeden wielki samouczek. Co chwilę natrafiałem na nowe systemy.
Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie dziwi - pewna mechanika. Nasz główny bohater chyba doznał jakiejś dziwnej amnezji. Nie rozpoznaje przedmiotów ani ludzi. Nad przedmiotami zamiast nazw pojawiają się znaki zapytania. Na przykład zwykła świeczka - dopiero po jej zebraniu bohater „uczy się”, co to jest. Od tego momentu każda świeczka jest już podpisana poprawnie. I tak jest praktycznie z każdym przedmiotem. Rozumiem to przy ziołach, ale przy podstawowych rzeczach codziennego użytku wygląda to dziwnie. Chyba że śmierć bohatera rzeczywiście to uzasadnia - ale tego na razie gra nie wyjaśnia.
I to chyba na tyle pierwszych wrażeń. Spodziewajcie się więcej materiałów z tej gry - nie ukrywam, bardzo mnie zaciekawiła.


Komentarze
Prześlij komentarz